Pola na jeziorze siedmiu życzeń

Jezioro siedmiu życzeń miało około kilometra szerokości zaś na dotarcie do przeciwległego brzegu – jakby tak komu przyszłaby chęć przepłynięcia wpław – trzeba by było przewidzieć jakieś osiemset metrów w jedną stronę. Co ważne, na drugi brzeg byłoby to jakieś pięćset metrów płynięcia pod górę a trzysta lekkim ślizgiem, aż do upadku z wysokości dwóch metrów po drugiej stronie rozlewiska.

Coś Cię dziwi?
Jeśli tak to dobrze. Znaczy się nie tracisz rozsądku, to i ogarniesz myślą to co można zobaczyć na skraju tej chłodnej, lekko poruszonej tafli wody.
Jakie jest szerokie i jaką odległością brzegi jezioro sobą rozdziela już wiesz. Maria to też dość szybko pojęła, przeliczyła wielkość na skoki jej baranków i kozłów. Sporo tego było. Nie pamiętam już ile. Możesz wierzyć bardzo wiele. Marii trudność sprawiło orzec jak głębokie jest to jezioro, bowiem całe unosiło się nad ziemią. Nie tylko unosiło, bo też jakby do góry nogami – gdyby nogi mieć mogło – sterczało dnem w kierunku odległym od ziemi, zaś płaską, nieco tylko zmierzwioną twarz tafli wody szczerzyło ku miękkiej strukturze krótko ściętej czy zgryzionej zapewne trawy, gdzieniegdzie poprzerywanej kępami źdźbeł kąkoli i żwiru w barwie malachitu oraz cynobru; który tutaj zarzec by się można, pachniał jaśminem.
Przechodząc pod jeziorem można było od spodu oglądać kraby, wodorosty, czy marudnie wykrzywiające pyszczki jesiotry. Maria nie byłaby sobą gdyby nie spróbowała do wnętrza jeziora dłonią dosięgnąć. Ono jednak, to jezioro, przy każdej tego rodzaju próbie tknięcia tego ogromu od dołu, jak łaskotkami poruszone małe dziecko, odskakiwało na bezpieczną odległość, co rusz prychając na intruza strumieniem pachnącej zmurszałymi zaroślami wody.
Chcesz jeszcze wiedzieć jakie jezioro było głębokie? Pytanie już wiesz, jest z gruntu nieroztropne, choć sens jakiś ma... Zapewne... W odróżnieniu od wszystkich jezior jakie znasz być może, to jedno nie było głębokie lecz wysokie i jak góra jakąś granią w niebo się wzbijała. Rozumiesz, no nie? To wszystko jest takie zwyczajne tylko jakby odwrotne. Jezioro było głębokie na wysokość. Co prawda wszerz albo wzdłuż byłoby głębsze, niemniej Marię najbardziej obchodziła ta głębia co się wznosi.

Drepcząc pod jeziorem Maria pragnęła nieskutecznie tknąć choćby odrobinę to wnętrze. Po dłuższej chwili bezowocnych prób i co tu dużo mówić nieco przemoczona, przyszła zrezygnowana na skraj wody, tam gdzie Gronostaj stał dbając o suchy stan swojego futra.

- Oj – wymamrotała.
- Oj tak, aleś ty głupia – odparł Gronostaj gładząc wąsy.

Cisza spleciona z szumem jeziora zdawała się na potwierdzenie myśli Gronostaja kiwać głową. Maria spojrzała na to jak wygląda, w duszy dziękowała za brak w pobliżu zwierciadła w którym jej zmokła marność by się odbić mogła. Podumała chwilę i ot tak patrząc na wznoszące się wody odmęty rzekła swoje:

- Aleś ty dziwne?
- A ty siwa... – jezioro zaszumiało niechcianą ani nieoczekiwaną odpowiedzią.

Gronostaj wciąż pocierał wąsy będąc w istocie, tak jak Maria, jednym pragnieniem zanurzenia pazurów w wodzie, marzeniem pochwycenia choć małej złotej rybki. Patrzył zauroczony przepływającym jesiotrem, pręgami ryby przywodzącymi mu na myśl smak smażonych w kuchni kalmarów. Woda jednak i wobec Gronostaja była nieugięta, a właściwie to właśnie wygięta – ilekroć ten niemal niezauważalnie próbował pochwycić coś z jeziora wnętrza, ledwie łapą trącając rozedrganą taflę błękitu. Jezioro na Gronostaja wodą nie prychało, tylko – jak mówię – uginało się, prężyło, unikało spotkania z pazurami i futrem. Można by pomyśleć, że jezioro nie chciało futra zamoczyć. Poniekąd i Gronostaj bardziej dbał o to jak wygląda niż o to co zamierzał upolować. Za nic nie chciał wyglądać jak zmokła mysz, taka jaką się właśnie stała srebrnowłosa towarzyszka podróży.

Maria kontynuowała rozmowę z jeziorem.

- No parzcie? Gadające jezioro...
- Paplająca Maria – jezioro nie zostawało dłużne i oddawało z nawiązką dług bezczelności.
- Jej, a kim ty jesteś? – Maria rozradowana sytuacją zadała proste pytanie.
- Jesteś? Kim?
- No kim? – z uporem i zdecydowaniem w głosie powtórzyła Maria.
- Słoną łzą twoją.
- Też mi coś – Maria się żachnęła.
- Też mi ktoś – prychnęło jezioro marszcząc powierzchnię. A chłód wilgoci osiadł na futrze tego kto gładził wąsy pazurem.

Kiedy jezioro wyraźnie zdawało się obrazić, po jego wzgórzu nawarstwionej wody, tej strony jeziora co wystawała w kierunku nieba, przepłynęła i zaraz schowała się łódka, jak nic przypominająca landrynkę. Fakt, że ogromną, taką landrynę wielką, dużą jak na mały słodki cukierek, i do tego z wydrążonym miejscem na małego marynarza który zwał się dumnie JestemPolą, oraz masztem z którego zwisał nie za duży żagiel, jak nic, z pewnością, spleciony ze skrzydeł gołębich.
Maria, ani też tym bardziej Gronostaj z racji wzrostu, nie była w stanie dostrzec szczegółów oddalonej kilkaset metrów łódki, która to pokazywała się w całości to znów znikała niczym w topieli poza granicą wzgórza spiętrzonej wody. Kiedy żagiel wynurzał się z oddali, z szumem alabastrowej piany dało się słyszeć melodię; ni to śpiew ni dźwięk instrumentu – co tu dużo mówić, instrumentu niezbyt wprawną ręką strojonego. Wywołało to u Marii i Gronostaja takie przeciągłe „uuu” i grymas szczerego bezzachwytu.

Gronostaj znudzony chciał powiedzieć „chodźmy”, Maria zanim usłyszała te słowa zgodziła się pomysł pochwycić. I już zdołały się odwrócić kiedy jezioro zza pleców bulknięciem wyrzekło:

- Poczekaj.

Nie wiem jak prędko mogą pływać żaglówki przypominające gigantyczne landrynki, ani nie mam pojęcia czy właściwym jest by małe dziewczynki siadały u sterów tak szybko przemieszczających się łódek. Prawdą jest tu tylko tyle, że zanim „poczekaj” jeziora wybrzmiało, na skraju unoszącej się topieli, gdzieś ledwie parę kroków od Marii, mała postać machała drobnymi rączkami, a na ślicznej buzi radość wyrzucała w koło jeden i ten sam zwrot:

- Cześć! JestemPolą. Cześć! JestemPolą! Cześć JestemPolą...

Och już wiesz. Maria nie byłaby sobą, no wiesz. Zrobiła zwrot ku jezioru, Gronostaj już też ślepia wbijał w postać uroczą. Ta zaś na łódce powtarzała wkoło:

- Cześć! JestemPolą. Cześć! JestemPolą! Cześć JestemPolą...
- No przecie już wiem – Maria zmarszczyła brwi.
- Cześć! JestemPolą. Cześć...
- Dość. Dość! – Maria próbowała okiełznać bezwładny słowotok.
- Cześć! JestemPolą. Cześć! JestemPolą! Cześć JestemPolą...

Gronostaj patrzył na dziewczynkę jakby znał ją już kiedyś, ale tak to absurdalne się mu zdało, że poprzestał tylko na wsłuchiwaniu się w rozmowę. Zresztą mała w kółko powtarzała: „Cześć! JestemPolą. Cześć! JestemPolą! Cześć JestemPolą...” i machała rączkami. Trudno byłoby się z jakimkolwiek przebić słowem.

- Cześć! JestemPolą. Cześć! JestemPolą! Cześć JestemPolą...
- Wiem, wiem! – Maria opuściła głowę, zaraz jednak ją podniosła, bo w ciągu wydało się nieskończonym nastąpiła drobna odmiana;
- Cześć! JestemPolą. Cześć! A ty kto? Ty kto? Kto? Ojej jak mi dobrze.
- Ja?
- Ty, ty, ty! Ojej jak dobrze. Mów, mów, mów. Teraz ty.
- Ja nazywam się Abis – powiedział Gronostaj z niezwykłą dumą i godnością jakby jego imię oznaczało wszelką głębię, taką wiesz; głęboką, szeroką i wysoką.

Maria zadziwiona tonem wtrącenia swego towarzysza jedynie zwykłym ot tak, banalnie dodała:

- A ja..., ja Maria jestem i idę – i zanim zdążyła pomyśleć o tym co chce powiedzieć mówiła, jakby nie chcąc dziecku dać dojść do słowa – i idę skądś żeby dojść nie wiem gdzie. Trochę mi się droga poplątała, tyle tych ścieżek i tyle rzeczy co niemal stają na głowie. Nie wiem jak długo już i nie wiem jak długo jeszcze. Sama już nie wiem. W ogóle bardziej jestem takim nie wiem niż wiem.

Maria zamilkła, mała na łódce dłonie przytknęła do lekko nadętych policzków. Oczy jej błyszczały a nawet świeciły prostym szczęściem.

- Aleś ty zabawna – powiedziała ta co się JestemPolą zwała.
- No wiesz? – Maria wydała się dotknięta uwagą jakiej nikt na jej łące nie ważyłby się wypowiedzieć głośno. Ba! nawet pomyśleć, bo i dlaczego miałby tak myśleć o starej, pięknej i dobrej przecież kobiecie.
- Aleś ty zabawna – mała nie odpuszczała – Ty nie wiesz? Maria nie wie? Aleś ty zabawna.
- Oj, nawet nie wiem gdzie jestem.
- Ja też nie wiem gdzie jestem – Abis wtrąciła, a parząc na dziecka śliczną buzię poczuła się jak nigdy dotąd, tak całkiem, no, że kobietą.
- Maria nie wie, Abis nie wie, Pola wie. Ale wy jesteście! – parsknęła śmiechem. – Ale się cieszę, ale mi dobrze!

Zaczęła znów śpiewać. Te dźwięki sprzed chwili, ta niedostrojona gradacja nut bez składu i ładu przestrzeń ponad wodą mącąca, to był właśnie jej głos. Co by nie mówić barwa głosu równie jak buzia urocza. Na samej barwie słuch jednak nie poprzestaje... Co tu dużo mówić; ambicja śpiewaczki wskazywała na szereg spodziewanych w przyszłości osiągnięć; takich jak choćby w rodzaju utrzymania rytmu, melodii i tonacji.

- No to gdzie jesteśmy? – Maria wyrwała małą z twórczego amoku.
- A bo to nie wiecie? – Pola powiedziała to w taki sposób, że Maria nieomal usłyszała w głosie dziecka siebie.
- Ty wiesz, to powiedz nam.
- A bo to nie wiecie? Naprawdę? – rozbłyski oczu Poli zdradzały niepochamowaną radość.
- No nie. Trochę pobłądziłyśmy.
- No tu, tu. Tu Jesteście! – Dziewczynka nie kryła zadowolenia z bystrości swojego umysłu. – I jak chcecie gdzieś pójść, na przykład stamtąd aż tam – tu szeroko zakreśliła linię horyzontu dłonią – to musicie tu nie stać tylko iść, o stamtąd – tu znów powtórzyła ruch kreślący skraj tego co widać i lekko to, co poza linią widoczności – aaaż tam – dodała z radością.

Jezioro na to kaszlnęło, takim głębokim na szerokość i wzdłuż: „No!”

Można by tu jeszcze napisać sporo o czym w trójkę rozprawiały. Ale po co? Lepiej pod jeziorem na trawie poleżeć, na ryby ponad głową popatrzeć, wsłuchać się w zapach, dotknąć szumu rozedrganej wody. Przed dalszą drogą wypocząć.

Nie pytaj dlaczego tu nie ma słowa o tym jakich siedmiu życzeń dotyczyła nazwa jeziora. Ani nie pytaj kim jest, kim była ani tym bardziej kim będzie Pola. Landrynka łódki z czasem w wodzie się rozmyje, skrzydła gołębie ulecą, jezioro znajdzie wygodną dolinę. Z pewnością. Tyle mogę powiedzieć. No, może jeszcze też i to, że choć nie wiedziały o tym, zarówno Maria i Abis z życzeniami siedmioma znad brzegu w dalszą podróż ruszyły. Oczywiście nie wiem czym były te życzenia. Każdy ma przecież swoje mniej lub bardziej mądre marzenia. Może było to proste skąd i dokąd idę? Może to błahe gdzie jestem i kim – tak w całej rozciągłości, szczególe i w ogóle. Niewykluczone, że było to też pragnienie by wiedzieć co jest u góry a co znajduje się na dole? Może też i to... Albo nie. Dlaczego wszystko tu mam tylko ja pisać? To siódme życzenie możesz sobie dopisać beze mnie. O! tu... Popatrz. Masz całkiem sporo miejsca:
...... .... . .... .. ...

Już? To dobrze. Maria z Gronostajem zaczęły dreptać w kierunku wskazanym dłonią dziecka. Jezioro puki co unosiło się spokojnie nad ziemią, taflą ściszoną, niezmierzwioną, wsłuchane w co raz odleglejsze odgłosy równych kroków. Tych kroków które mieszają się z szumem traw.
Pola długo patrzyła za odchodzącymi. Uśmiechała się, nuciła swoją piosenkę. Zanim rozpięła na nowo żagiel z jak nic gołębich skrzydeł, obejmując wzrokiem linię horyzontu stamtąd po aż Tam, wyszeptała cicho, tak cicho jakby nie chciała by jezioro mogło ją usłyszeć: „tylko nie zapomnijcie tu po mnie Powrócić. Dobrze?”