Bogusław Dziadzia


Media jako kultura wobec i ku wspólnocie


Powiedz: jestem rzeczywisty, to jest rzeczywiste, świat jest rzeczywisty, i nikt się nie śmieje. Lecz powiedz: to jest simulacrum, ty jesteś tylko simulacrum, ta wojna jest simulacrum, i każdy pęka ze śmiechu.”1 Śmiejemy się jednak nie dlatego, że myśl o nierealności świata zmysłowego wydaje się być dla nas absurdalna. Wybuchamy śmiechem broniąc się przed oszczerstwem czyniącym nam wyrzuty za pozostawanie w błędzie. Parafrazując przytoczoną na wstępie myśl Baudrillarda i przekładając ją na język medialnej komunikacji można spróbować powiedzieć: ja jestem realny, ten świat jest realny, lecz słowo pomiędzy mną a światem jest tylko ułudą lub, co najwyżej, rodzajem rzeczywistości – dla mnie i dla świata – paralelnej. Media są i będą częścią naszej kultury, co więcej, zapewne nie ustaną w najbliższym czasie jej współtworzyć. Jak mówi Edward Hall: „kultura jest komunikacją, a komunikacja kulturą”2, media, jak zauważamy, tym co stanowi owej komunikacji kwintesencję. O komunikacji nie może być mowy, gdy nieosiągalnym jest dotarcie z wiadomością do kogoś, kto móc będzie z uzyskanego komunikatu uczynić część swej świadomości lub element racjonalnie z niej wyeliminowany. Nasza tożsamość przy tym, to nic innego, co uzyskane w wyniku dialogu – bardziej tym czym określają nas nasi rozmówcy, aniżeli naszym własnym osądem o sobie – pojmowanie siebie i otaczającego nas świata. Bez komunikacji nie ma w pełni rozumianej tożsamości. Tożsamość zbudowana w dialogu jest zatem zaczynem wspólnoty, a media jej naturalnym poszerzeniem i transformacją.

Pomijając dywagacje nad technicznym charakterem języka mediów, tak doskonale scharakteryzowanego w teoriach komunikacji, komunikat medialny częstokroć podejmuje się określać w kategoriach gospodarki towarowej. Przemawia za tym fakt, iż niestety dawno już minęły czasy szlachetnego przekazu obiektywnych informacji, przestrzegania wyrażającej się kształtowaniem świadomości odbiorcy aniżeli wpływem na jego osobowość, etyki dziennikarskiej. Skądinąd, w pełni uprawomocnione jest zastanowienie się czy stan takie czasy dosłownie rozumianej etyki i moralności w mediach masowych kiedykolwiek istniały? Oraz czy jest, aby możliwe oddzielenie informacji od perswazji? Poniekąd jednym z pierwszych zadań redaktora jest dobór, a więc również selekcja informacji. Media to nie układ przekaźników, stanowią je ludzie. Jest to tak oczywiste, że zdajemy się o tym zapominać.

Zwracając się ku okresom rodzenia się masowej komunikacji trudno nie zauważyć, iż granica pomiędzy bezstronnością a pragnieniem wpływu na audytorium była zwykle bardzo płynna. Cóż innego, jak nie chęć świadomego kształtowania opinii publicznej, kierowała w XVII wieku kardynałem Richelieu w publikowaniu La Gazette? Czym, jak nie ograniczonym horyzontem poznania, było schlebianie gustom klasy robotniczej w dobie umasawiania prasy w wieku XIX-tym? Tak naprawdę nie istnieje obiektywny obraz świata. Jest tego świadom każdy producent, dziennikarz, wydawca i odbiorca wtajemniczony w reguły rządzące rynkiem medialnym. Jest zawsze tylko fragment (bez względu na to czy jest to telenowela czy dysputa filozoficzna), interpretacja oraz kreacja. Tym niemniej, odwołując się do pokładów tzw. zdrowego rozsądku, należałoby uznać za wyraz patologii określenie, iż „zasadniczym celem (...) telewizji, tak jak to obecnie wygląda, jest dostarczenie publiczności reklamodawcy po jak najniższej cenie od tysiąca. Jakość, styl, treść – wszystko to zależy od subiektywnego gustu, ale jest to istotne, kiedy przyczynia się do podniesienia wskaźników będących wyznacznikami sprzedaży czasu telewizyjnego.”3 Wyraz stanu choroby, jaki zionie z tego rodzaju deklaracji, blednie niepomiernie z chwilą poznania autora przytoczonych słów, którym jest jeden z szefów hollywoodzkiego studia NBC. To, co wydało się być jedynie stronniczym określeniem pewnej kulturowej sytuacji, staje się egzemplifikacją realności, w której już nie sam komunikat – produkt medialny, ale widz, staje się towarem. Postawa ta w kulturze nie jest niczym nowym, spotyka w sytuacji masowego percepowania informacji co najwyżej nowy wyraz zderzenia kapitalizmu z obłudą idei demokracji i humanitaryzmu. Poniekąd cennym i wartym zaznaczenia jest jawne wyrażenie zasad rządzących tzw. wolnym rynkiem. Cennym tym bardziej, iż w innych obszarach życia społecznego spotykamy znacznie dotkliwsze w konsekwencjach przejawiania się, zawoalowane formy demagogii. Przytoczyć tu pragnę opinię Charles’a Taylor’a o konserwatystach w Stanach Zjednoczonych: „Prawicowi, amerykańscy konserwatyści wypowiadają się jako obrońcy tradycyjnych wspólnot, kiedy atakują aborcję na żądanie i pornografię; ale w polityce gospodarczej propaguję nieskrępowany kapitalizm, który bardziej niż cokolwiek innego przyczynił się do upadku historycznych wspólnot i panowania atomizmu; który nie zna granic, ani lojalności; który jest gotów – bagatela! – wyludnić miasteczko górnicze albo zniszczyć leśny ekosystem w wyniku kalkulacji.”4 Reasumując, media to nie obszar w sposób szczególny wyodrębniony z zakresu życia społecznego. Media to kolejna forma tworzenia tożsamości jednostek jak i całych społeczeństw. W sposób szczególny warte poddawania analizie przez wzgląd na skalę oddziaływań, w konsekwencji kulturotwórczy ich charakter.


Kultura poszczególnych narodów, obyczajowość, wiara – również ta wyrażająca się jedynie obrzędowością, jako kategorie elementarne w budowie kształtu ludzkiej tożsamości, przeczą jednoznacznie możliwości stworzenia społeczeństwa globalnego. Z wyjątkiem sytuacji, w której za wyraz zunifikowanego, międzykontynentalnego narodu uznamy przede wszystkim nieskrępowany lokalnością kapitał inwestycyjny. Podobnie przywiązanie do tradycji, zakładając, że nie tyrani­zuje nas to sformułowanie, kiedy staramy się mówić o mediach, wyzbywa podstawowego złudzenia bycia we wspólnocie globalnej. Dlatego to podwalinami społeczeństwa globalnego nie mogą być wspomniane wartości, przynajmniej do czasu ich ewentualnej redefinicji. Jak więc budować wspólnotę ponadnarodową?

W zakresie elementarnych metod integrowania społeczeństw spostrzec możemy, co najmniej kilka, potencjalnie możliwych do wykorzystania na skalę globalną, metod. Jedną z najprymitywniejszych, a przy tym skutecznych może być jednoczący, sprawdzony w wielu regionach świata, stan wspólnego zagrożenia. Historia przywodzi niezrównaną ilość opisów bitew jak i zawiązywanych sojuszy potwierdzających siłę takiego systemu integracji. Niebezpieczeństwo jednak nie musi mieć charakteru militarnego. Ostatnie dziesięciolecia obfitują w nieustannie wznawiane alarmy ekologów, częstokroć dotyczące spraw jak najbardziej globalnych: dziury ozonowej, wyrębu lasów amazońskich itp. Osobną jest jednak kwestią na ile problemy te są w stanie przetransponować ludzkie myślenie z perspektywy bliskiej mu lokalności na egalitarny planetaryzm. Rola mediów w owym procesie (przechodzenia do wspólnoty globalnej) może być, i wiele wskazuje na to, iż jest tak w istocie, bardzo istotna. Po pierwsze promocja wskazanego stylu myślenia. Po drugie ukazanie nieuchronności takiego rozwoju cywilizacji. Po trzecie, i to można najłatwiej zauważyć, praktyczna unifikacja społeczeństw na poziomie personalnym (co przedstawiam poniżej).

Dlaczego nie mówię o tolerancji? Kategorii, która doszła do głosu z chwilą zrozumienia, iż nie można budować jedności bez wzajemnego zrozumienia narodów, bez uznania ich odrębności kulturowej, w wyniku czego, często możemy usłyszeć zamiast „wspólnota globalna” określenie „wspólnota narodów”. Odpowiedź zawiera się w samym pojęciu tolerancji, w istocie swej różnicującej społeczeństwa, poprzez wyrażenie pobłażliwości wobec tego, co w zakresie wartości określonego narodu się nie mieści. Ponadto to, co nazwalibyśmy realnością medialną, spycha niejednokrotnie ową tolerancję wobec odrębności kulturowej narodów do kategorii ciekawostki etnograficznej (przy całym przynależnym szacunku, choć rzecz jasna w paśmie najniższej oglądalności).

Myśląc o kształtowaniu przez media tożsamości człowieka jako członka wspólnoty globalnej, już na poziomie jego współuczestnictwa (tu: zapośredniczonego) w spektaklu medialnym, możemy zauważyć kilka prawidłowości. Obcowanie z przekaźnikiem, jak radio, telewizja czy Internet, przynajmniej na dzień dzisiejszy zakłada brak fizycznego kontaktu, nieobecność fizycznych – dotyczących ciała – zagrożeń; media oferują charakterystyczny tylko dla siebie sposób wyrażania uczuć i emocji. Pojawiają się przywodzące na myśl prozę Orwella zagrożenia wolności, niezależności i prywatności.

Media zredefiniowały pojęcie prędkości, dla których jest ona wyrazem kurczenia się świata. Skurczenia niemal do rozmiarów jednego pokoju, w którym ekran telewizyjny stanowi płaszczyznę współuczestniczenia w prędkości. Prędkość w połączeniu z ułudą mobilności – najpełniej wyrażonej pilotem zdalnego sterowania i internetową architekturą hiperłączy – degraduje znaczenie lokalności, w wyniku czego Nowy Jork może być bliżej Polski niż Kosovo.


Budowa globalnej wspólnoty w mediach jak i w innych obszarach życia społecznego wymaga zniwelowania różnicujących poszczególne narody cech indywidualistycznych i kolektywnych. Wiemy, że „kultura jednostki kładzie nacisk na autonomię i niezależność, samozaparcie i ochronę swoich interesów. Kultura kolektywna akcentuje połączenie, konformistyczne przyjęcie norm grupy, związek zgody i ochronę wspólnych interesów.”5 W kontekście globalizacji nie chodzi przy tym o zaszczepienie kulturom indywidualistycznym cech kultur kolektywistycznych. Zadanie polega na stworzeniu płaszczyzny ponadnarodowych wartości, na podwalinie których nastąpiłby akt porozumienia.

Dzisiejsza ponadnarodowość, w istocie dotycząca mechanizmów operowania kapitałem, z definicji uwolniona jest od wpływów lokalnych, choć sama lokalność na dzień dzisiejszy nie pozostaje bez wpływów tendencji globalnych. Świat mediów może być zarówno orężem tego wpływu, jak też płaszczyzną porozumienia. Sprzyjają temu nowe formy komunikacji, choć i one nie zawsze są równie doskonałe jak opisująca je teoria. Jak mówi Zygmunt Bauman „Szeroko wychwalana „interakcyjność” nowych mediów jest wielką przesadą i raczej powinno się mówić o „medium interaktywnym jednokierunkowo”.”6 Tym niemniej istotnym jest zdanie sobie sprawy z faktu, iż media, w tym również telewizja (podobnie jak film), nie przynależą obecnie do komunikacji jako takiej, choć w istocie stanowią jej integralną część.7 Sprzężenie zwrotne, jakie zakładamy analizując różne modele medialnej komunikacji, nie ma niemal nic wspólnego z demokratycznym układem komunikacji interpersonalnej.

Atuty medialnej komunikacji są w istocie iluzoryczne. Pamiętając, że mówimy o tworzeniu globalnej rzeczywistości, spostrzegamy, iż zalety środków przekazu dotyczą tak naprawdę jedynie obszaru państw wysoko rozwiniętych i mają zastosowanie w promocji wzorca wartości w tych państwach wypracowanego. Sam poziom dostępności tworzy więc spore bariery komunikacyjne, wobec czego doprawdy zagadkowy jest optymizm sygnatariuszy globalizacji, zakładający brak większych problemów na poziomie propagowanych wartości.

Podobnie jak naturalne procesy socjalizujące nie są pozbawione elementów perswazji, dokonujące się na arenie medialnej edukowanie społeczeństwa do życia we wspólnocie ponadnarodowej nie jest wyzbyte tego, co Pierre Bourdieu nazwał przemocą symboliczną. Nie może dziwić jednocześnie towarzyszące temu procesowi poczucie utraty tożsamości. Wszak język medialny nie jest skierowanych w tym zakresie jedynie do dzieci, które innej rzeczywistości po prostu nie znają, a raczej do ludzi o osobowości już ukształtowanej, którym przyszło funkcjonować w okresie transformacji.

Jak w każdym wielkim przedsięwzięciu, nie sposób uniknąć popełnienia pewnych błędów i pułapek. Myślenie globalne w mediach wyraża się między innymi ich obecnością na terenach wszelkich konfliktów, na obszarach wojen, klęsk żywiołowych, czego opłakany skutek obserwujemy w postaci medialnej projekcji eskalacji zła w programach informacyjnych, podczas gdy, jak trzeźwo wskazuje Ryszard Kapuściński: „99 procent ludzkości żyje gorzej lub lepiej – częściej gorzej niż lepiej – ale w warunkach pokoju.”8 W dobie niewyobrażalnego rozwoju nauki, postępu technicznego, a z drugiej strony autentycznych problemów bytowych dotyczących całych społeczeństw, karmieni jesteśmy obrazem zamachów i wojen jako obowiązującego obrazu świata, z kroniką sądową i raportem o wypadkach drogowych w ramach omówienia spraw lokalnych. „Potencjalne błędy” (przez swą niejednoznaczność aksjologiczną warunkowaną określeniem celu) można oczywiście mnożyć. Istotnym jest jednak tylko to, że medialną płaszczyznę porozumienia tworzą ludzie z mediami związani i je współtworzący. To, czy porozumienie w dobie traktowania widza jako towaru jest możliwe, stanowi istotną kwestię w propagowaniu procesów globalizacyjnych. Zagadnienie to, co oczywiste, przestaje być problemem z chwilą, kiedy wspólnotowość, z wszelkimi formami unifikacji audytorium, zaczyna się opłacać. Tym samym krzewiciel globalizmu swą uwagę kierować winien nie na człowieka uwikłanego w jego indywidualny, osadzony w określonym społeczeństwie los, lecz na te grupy wpływu, które dysponują instrumentem przemawiania do rozsądku i wyobraźni widza.


Pierwszą wspólnotą medialną były społeczeństwa państw totalitarnych: Rosji Radzieckiej i Nazistowskich Niemiec. To tam za sprawą oddziaływania masowych środków przekazu, a w szczególności radia, ideologia mogła dotrzeć i rozprzestrzeniać się na całych terytoriach krajów. Mając monopol na prawdę, można swobodnie sterować opinią publiczną, szczególnie, kiedy posiada się legitymizację władz i wiarę w spełnianie wyższych celów.

Większa część dwudziestego wieku uwarunkowuje sytuacją geopolityczną wszelkie próby określenia integracji społecznej w pryzmacie oddziaływania medialnego. Sytuację zmienia dopiero era rozkwitu konsumpcjonizmu ze spotęgowaniem emisji reklam i promocji konsumpcyjnego stylu życia. Jest to więc, w moim ujęciu, druga wspólnota medialna. Na trzecią nie trzeba było długo czekać i jest nią bez wątpienia wspólnota informacyjna, analogiczna do „Trzeciej fali” Alvina Tofflera (trzeciego rodzaju wspólnoty ludzkiej, po: agrarnej i industrialnej). Jak dotąd bardziej hipotetyczna przez wzgląd na uwarunkowania, o których pisałem wcześniej, aniżeli określająca pewien zaistniały powszechnie stan. W mediach pozostaje wobec tego tylko jedna unifikująca i warta promocji wartość: konsumpcja. Ta dotycząca dóbr materialnych, używania wiedzy jak i rozrywki Ponadto, co istotne, jednocząca kapitał ze społeczeństwem.

W celu zilustrowania dominującej moim zdaniem tendencji w procesie globalizacyjnym przypomnę o powszechnie znanej polityce cenowej amerykańskich potentatów filmowych i telewizyjnych, oferujących w niejednakowych cenach ten sam produkt (np. film fabularny czy serial komediowy), w zależności od pozycji i zasobności kontrahenta. Ta szlachetność, pozwalająca widzom biednych rejonów świata za jedną dziesiątą ceny wyznaczonej dla krajów Europy zachodniej śledzić fascynujące losy policjantów z Los Angeles, ma również swą drugą twarz. Twarz pobłażliwego nauczyciela. I również w tym miejscu należałoby oddać szacunek Bourdieu i uznać wspaniałomyślne obniżanie ceny za element wychowania odbiorcy do określonej kultury obrazu. Konsekwencją takiego procesu jest czerpanie z zasobów reprezentujących oswojony język symboliczny, bądź też jego naśladownictwo – o ile poczucie odrębności narodowej jest w społeczeństwie na tyle silne, iż ten fakt nie ujdzie uwadze producentów i grup nacisku na media.

Amerykańska produkcja filmów klasy C lub B, mimo powszechnej obecności w polskich stacjach telewizyjnych, jest jedynie przykładem. Rzecz dotyczy tak samo brazylijskich telenoweli, programów typu reality show, funkcjonowania rynku muzycznego za sprawą kanałów rodzaju Mtv i Viva, konkursów audiotele, tok show, programów home shopping czy „randki w ciemno”. Za pomocą tych środków budowana jest rzeczywistość, którą znamy, na swój sposób rozumiemy. Nie obawiamy się jej, bowiem konwencje rządzące nią są dla nas jasne. Lubimy ją, bo wielokrotnie przekonywano nas, że tego właśnie chcemy.9 I ostatecznie, jeśli zapytać kogokolwiek o ulubiony program czy film, usłyszymy w większości przypadków o którejś z wymienionych produkcji.

Rola mediów w budowie wspólnoty globalnej wydaje się być jednoznacznie określona. Rzeczywistość medialna sprzyja globalizacji. Przyjmuje czasem kuriozalne formy, ale w tle jest już od dłuższego czasu nowa wspólnota o charakterze ponadnarodowym.

W latach dziewięćdziesiątych XX wieku ruchy integracyjne zyskały niezwykle obiecującego sprzymierzeńca. Internet jest tym medium, które niemal z definicji wykracza poza lokalność i w zamierzeniu ma stanowić autentyczną scenę współuczestnictwa, z zatarciem (co zdarza się po raz pierwszy) podziału na nadawców i odbiorców. Pomijając bariery dostępu do Sieci i selekcji informacji, założyć można, iż Internet legitymizuje nowy porządek świata. W kontekście zrewolucjonizowania naszego poruszania się w świecie informacji i omawianego konsumpcjonizmu jako wartości, nieco ironicznie brzmią dane mówiące o tym, iż najbardziej dochodową gałęzią Internetu jest pornografia. Z pewnością określa to nas jako społeczeństwa przełomu tysiącleci, choć nie koniecznie mówi – co wymaga osobnej analizy – cokolwiek nowego, a przy tym specyficznego dla nowych mediów.

Wiele wskazuje na to, iż Internet, jaki dziś znamy, to dopiero początek zmiany naszej percepcji, poczucia bycia we wspólnocie. Co więcej, dotyczącej tego kim jesteśmy jako ludzie. Określenia pewnych kierunków zmian przynoszą dokonania na polu Virtual Reality, projekty zakładające zatarcie różnicy pomiędzy rzeczywistością fizyczno-biologiczną, a wykreowaną – w tradycyjnej terminologii – rzeczywistością ekranową, przedsięwzięcia dotyczące teleimersji10, po brzmiące na dzień dzisiejszy jak science fiction pomysły dokonywania transplantacji osobowości (mówiąc umownie) na platformę cyfrową.



Przemiany społeczne jakich jesteśmy świadkami inspirują na równi ludzi sfery biznesu i polityki, jak socjologów, psychologów, antropologów. Przyjęte w poszczególnych dziedzinach nauki narzędzia badawcze, pozwalają zazwyczaj tworzyć jedynie nieprzystające do siebie modele opisu tych samych zjawisk. Co z jednej strony pogłębia, zaś z drugiej zaciemnia poznanie. „Globalizacja doprowadziła do wzrostu świadomości różnic i podobieństw zarówno wewnątrz i pomiędzy kulturami i poszukuje nowego modelu kultury.”11 Takiego ujęcia, które byłoby adekwatne do złożoności zastanego i współtworzonego przez nas obrazu świata.

Mówiąc o roli mediów w kształtowaniu nowej, globalnej wspólnotowości, trzeba mieć na uwadze nie tylko bieżące, mimo, że tak dynamicznie przebiegające procesy, ale również te drogi rozwoju, które dziś dopiero zaznaczają swoje istnienie. Przyszłości mediów, a tym samym ich miejsca w dorastaniu społeczeństw do globalizacji, należy szukać na tych obszarach, które dotąd przynależały do sfer nauk tech­nicznych, by nie rzec podporządkowanych matematyce. Matematycznych w tym sensie, iż zawierały się w jasnym określeniu celu i środków służących jego osiągnięciu, czego humanistyka, z całym arsena­łem dywagacji natury filozoficznej a zwłaszcza moralnej zaakceptować dziś nie może. Dziś jednak dochodzi do przewrotu w myśleniu o człowieku i jego jestestwie. Chcąc poznać przyszłość musimy patrzeć na ludzkość choćby przez pryzmat dokonań na polu neurobiologii, gdzie zwyczajowo nie pyta się o to czy podjąć dany problem badawczy, a formułuje zadanie w kategorii jak osiągnąć jego rozwiązanie. To świat nauk ścisłych podsuwa mediom cały arsenał środków komunikacji, z którym wcześniej lub później będziemy musieli sobie poradzić.

Jeszcze w 1977 roku można było usłyszeć deklaracje zakładające brak jakichkolwiek powodów do obecności komputerów w domach zwykłych obywateli 12. Toteż tak trudno być dzisiaj wizjonerem, w czasach, kiedy dokonania nauk empirycz­nych przekraczają myśli nawet najbardziej szalone. Zostać prorokiem mediów to nie znaczy uczestniczyć w humanistycznej dyskusji nad przyszłością świata przekaźników. To starcie się z problemami zredefiniowania pojęcia człowieka, gdyż te miary, którymi dziś siebie określamy, będą miały zbyt wiele odhumanizowanych odniesień. Czy wobec tego znaczenie dyskusji nad wspólnotowością wobec rodzących się problemów nabierze w nieodległym czasie trywialnych rozmiarów? Jest to możliwe. Tym niemniej warto mówić o budowaniu wspólnoty przez media. Szczególnie, gdy dla tych, których najbardziej ona dotyczy jest pustym frazesem, zaś dla stojącego obok świadka – przejawem braku odpowiedzialności.




Literatura cytowana:

1Jean Baudrillard, Radical Thought, (za: http://www.ctheory.com/article/a025.html), tyt. org. La Pensee Radicale, French by Sens & Tonka, eds., Collection Morsure, Paris 1994.

2Edward.T. Hall, Bezgłośny język, PIW 1987, ss. 184-185.

3Robert C. Allen, Po cóż w ogóle zajmować się telewizją?, [W:] Robert C. Allen (red.), Teledyskursy. Telewizja w badaniach współczesnych, tłum. Edyta Stawowczyk, Wydawnictwo Zumacher, Kielce 1998, s. 24.

4Charles Taylor, Etyka autentyczności, tłum. Andrzej Pawelec, ZNAK, Kraków 2002, s. 91.

5Deborah A. Cai, Steven R. Wilson, Laura E. Drake, Culture in the Context of Intercultural Negotiation Individualism-Collectivism and Paths to Integrative Agreements, Human Communication Research, Vol. 26 No. 4, October 2000, p. 592-593, (za: http://hcr.oupjournals.org/cgi/reprint/26/4/591.pdf).

6Zygmunt Bauman, Globalizacja, PIW, Warszawa 2000, s. 65.

7Patrz: Achim Bühl, Soziologie virtueller Welten Eine neue Epoche der Mensch-Maschine-Kommunikation (1), Forum Wissenschaft 4/95, (za: http://staff-www.uni-marburg.de/~buehlach/foru495.htm).

8Ryszard Kapuściński, Dwa światy, Newsweek Polska, 16-17/2001, s. 166.

9Na sposób analogiczny do mechanizmu promowania utworów muzycznych w radiu.

10Patrz: Jaron Lanier, Virtually There, Scientific American IV/2001, (za: http://130.94.24.217/2001/0401issue/0401lanier.html).

11Catherine R. Cooper, Theories linking culture and psychology: universal and community-specific processes, Annual Review of Psychology, Annual 1998, (za: http://www.findarticles.com/cf_0/m0961/v49/21036279/print.jhtml).

12Steve Wheeler, Information and Communication Technologies and the Changing Role of the Teacher, Journal of Educational Media, Vol. 26, No. 1, 2001 (za: http://isacco.catchword.com/vl=7822990/cl=13/nw=1/fm=docpdf/rpsv/catchword/carfax/13581651/v26n1/s2/p7).