strona główna

Bogusław Dziadzia

Jak dobrze, że są tabloidy!

O szczęściu

 

Szczęśliwi jesteśmy, nigdy bowiem wcześniej tak wolni jak dziś nie byliśmy. Wybrańcy losu, doświadczani w przeszłości mentalnego jak i fizycznego zniewolenia, mamy setki źródeł informacji, świat na wyciągnięcie dłoni, na długość kciuka spoczywającego na pilocie, na rzut oka w saloniku prasowym, nie dalej aniżeli poza szmer klawiatury komputera. Mamy wszystko czego pragniemy, wszelkie opcje polityczne, kulturę spod każdej szerokości geograficznej, informację i rozrywkę. Dziennikarze nam sprzyjają, poklepują po plecach, zręcznie usługują zadając w naszym imieniu pytania jak i na nie odpowiadając. Serwują terapię śmiechem, udowadniają nam, że mamy jeszcze duszę i sumienie mówiąc jak poruszeni jesteśmy widokiem matki która właśnie utraciła syna. Wszystko to dla nas: zabieganych, zmęczonych codziennością, spragnionych wiedzy i chwili relaksu.

Zjawisko, będące określane na poziomie języka analizy komunikacji masowej jak i języka potocznego tabloidyzacją, z pewnością nie dotyczy bezpośrednio wszystkich przedstawicieli mediów, nie dotyczy wszystkich szczególnie w zakresie stymulowania i narastania problemu. Pośrednio jednak zagadnienie oraz wynikające z niego konsekwencje obejmują swoim wpływem każdego obywatela nowoczesnej demokracji. Tabloidyzacja bowiem, w skrajnie negatywnym rozumieniu, to nic innego jak „proces upadku poważnego dziennikarstwa”1. Narracja tabloidu to czyjś osobisty, niekoniecznie identyfikowany, choć zawsze personalnie przeżywany punkt widzenia, uwaga skierowana na sensacyjność, sferę życia sław polityki i show businessu (niedostępną przeciętnemu konsumentowi tabloidu), jak też skupienie na dramatyzmie życia – przedstawienie którego realizowane jest jako pewna angażująca emocjonalnie potencjalność spełnienia w bycie czytelnika lub widza. Nie to jednak jest najbardziej niepokojące w tabloidyzacji. Nie jest zasadniczym problemem istnienie mediów pojmujących rzeczywistość jako pasmo niekończącej się sensacji – tej obserwowanej jak i tworzonej na potrzeby realizowanej w szczególny sposób rozumianej misji. Powstawanie nowych „tabloidowych” marek jest drugorzędnym problemem wobec „tabloidyzowania” istniejących mediów – poprzez treść, język, layout, format, czy wreszcie stawianie poziomu sprzedaży ponad ideologię (tradycyjnie manifestowaną poprzez przywiązanie do określonych norm i wartości). Proces „tabloidyzowania” dotyczy zarówno prasy, telewizji czy Internetu. Zjawisko to ma już swą historię, jednakże dobitnie dało o sobie znać w drugiej połowie lat 90-tych XX wieku, kiedy to na równi z tabloidami nieomal wszystkie poważne media postawiły ponad problemami gospodarki, polityki czy bezpieczeństwa narodowego, sprawę rozsuniętego rozporka ówczesnego prezydenta USA Billa Clintona.


Kilka słów o historii tabloidu


Wypieranie „jakości” na rzecz sensacji, przesycanie treści emocjami nie jest w obiegu medialnym niczym nowym. Jednym z pierwszych ludzi wskazujących na prasę jako źródło zepsucia smaku publiczności (chociażby poprzez powierzchowność w przekazywaniu treści) był Goethe, wyraźnie określając wolność prasy „(...) jako głęboką pogardę opinii publicznej”2. Zapewne umocowanie źródeł tabloidyzacji w początkach XIX-tego wieku przez wielu może być potraktowane jako nadużycie. Pamiętać musimy jednak o odbiorcach masowej komunikacji. Rewolucja przemysłowa, przemiany społeczne, rozwój edukacji pośród warstw najubożej uposażonych obywateli, zarówno więc rozwój technicznych środków służących umasowieniu słowa drukowanego (wieloarkuszowe maszyny drukarskie o napędzie parowym itp.) jak i pojawienie się szerokich mas społecznych posiadających elementarne kompetencje czytania i pisania, zdecydowało o charakterze oraz merytorycznej zawartości pierwszego w historii masowego medium. Można przyjąć, że już wtedy pojawił się nierozwiązywalny problem pytania o to czy media kreują niewybrednego odbiorcę czy też raczej odbiorca determinuje rodzaj i sposób podania treści. Pytanie to pozostaje wciąż bez jednoznacznej odpowiedzi.

Klasyczny rynek prasy dzielił się na dwa zasadnicze typy wydawnictw. Pierwszym był opiniotwórczy tzw. „broadsheet”, drugim typem: „tabloid” – prasa bulwarowa, z definicji niewiarygodna i karmiąca czytelnika sensacją. Pierwszym, zewnętrznym wyznacznikiem różnic pomiędzy nimi był format (w rozumieniu wielkości, choć również współczesnego pojmowania formatu w mediach jako określonej formuły komunikacyjnej czy fabularnej). Wymiar broadsheetu dochodził do wymiarów 597 x 749 mm, popularne tabloidy publikowane były w mniejszych formatach ok. 279 x 4323. Co ważne obydwa te segmenty prasy rozwijały się równolegle nie stanowiąc wobec siebie konkurencji. Trafiały do różnego odbiorcy, zaspakajały różne potrzeby, jeżeli nawet bywały to analogiczne pragnienia – to zaspakajane w nieprzystający do siebie sposób. Wynikało to ze świadomej pragmatyki – rynek prasy to konglomerat misji społecznej oraz nastawionych na intensyfikację zysku reguł ekonomii. Ekonomia też decydowała o nakierowanych na monopolizację rynku procesach koncentracji w mediach (już od początków wieku XX-tego), czego w początku XXI-ego wieku przejawem są imperia medialne ludzi takich jak Rupert Murdoch czy Silvio Berlusconi, jak też wielopłaszczyznowe działania takich koncernów jak SonyBMG czy TimeWarner. Oczywiście z samej własności danego medium nie muszą wynikać problemy tabloidyzacji, niemniej może być pewną wskazówką do właściwego odczytania charakteru działalności nadawcy. Pośrednio to dzięki tej wiedzy innego rodzaju działań oczekujemy od nadawcy społecznego a innego od instytucji komercyjnej. Istotną kwestią jest przy tym zasada konwencjonalności działań włącznie z zakresem dążności do obiektywizmu, o czym pisał już w 1922 roku Walter Lippman4. Konwencje zaś, jak dowodzą badania z zakresu psychologii społecznej, są sposobem na okiełznanie przez ludzkie umysły rzeczywistości, wynikające z pobudek jak najbardziej racjonalnych i pragmatycznych – celem ich jest uproszczenie procesów komunikacji.
Za sprawą przemian społecznych jak i rozwoju technik poligraficznych w prasie codziennej wykształcił się typ wielkonakładowych, niewielkich objętościowo ilustrowanych dzienników sensacyjnych, zwanych tabloidami. Niema dziś bodaj jednego rozwiniętego gospodarczo kraju który nie miałby choć jednego tabloidu: Polska ma „Super Experess” i „Fakt”, Wielka Brytania „Daily Mirror” oraz „The Sun”, Francuzi zaczytują się w „Paris-Soir”, Amerykanie „The New York Daily News”, w Niemczech zaś króluje „Bildzeitung”. Koniec ubiegłego stulecia w kontekście tabloidyzacji to nie tylko przemiany rynku prasy ale również telewizji. Od strony społecznej tabloidyzacja telewizji jest znacznie poważniejszym problemem aniżeli tabloidyzacja prasy. Składa się na to skala recepcji programów telewizyjnych oraz emotywność tego rodzaju przekazu. Tabloidowa telewizja koncentruje się na sensacyjnych historiach, życiu sław, ramówka programu w dużym zakresie zawiera programy rozrywkowe, kryminał oraz informację. Cechą szczególną tabloidowej telewizji jest jednak nie ramówka ale sposób komunikowania – uproszczony, obudowany ekspresyjną warstwą obrazu i dźwięku. Zasięg tego rodzaju stacji może być zarówno ogólnokrajowy jak w przypadku prezentującej głównie pogodę i historie kryminalne WCAU-TV (własność NBC) jak też o zasięgu lokalnym – tego typu pierwszą stacją była WSVN w Miami na Florydzie.
John Fiske pisząc przed laty o quizach telewizyjnych wskazał min. na proces przemiany funkcji seksualności jako jednego z fundamentów związku partnerskiego w dotyczącą wyłącznie przyjemności. Opisał przy tym charakterystyczną sytuację gdzie w wyniku przebiegu rywalizacji programu zbudowanego na kanwie romantycznych narracji układu – mężczyzna spotyka kobietę (i vice versa) – już nie po to by stać się małżeństwem, lecz po to by przyjemnie spędzić z sobą weekend5. Można by, jak sądzę, zaryzykować stwierdzenie, iż tabloidyzacja mediów polega na uprzedmiotowieniu wszelkich unaocznień rzeczywistości w mniej lub bardziej obsceniczną przyjemność. Rozrywką są tu tak samo ochotnicy zjadający karaluchy (jak to ma miejsce w programach typu „Nieustraszeni”), seks pod czujnym okiem widza (w programie „Big brother”) jak i celny strzał snajpera emitowany na żywo wprost z Bliskiego Wschodu.


Za co kochamy to co łatwe i przyjemne?


„Teza, że świat chce być oszukiwany, zawiera teraz więcej prawdy, niż kiedykolwiek chciano przez nią wyrazić. Ludzie dają się wciągnąć w ten – jak to się mówi – szwindel nie tylko wtedy, kiedy im to daje pewne, choćby bardzo ulotne, korzyści, chcą już nawet oszustwa, które sami przejrzeli; zaciskają oczy i z jakąś samopogardą afirmują to, co ich spotyka i o czym wiedzą, dlaczego jest fabrykowane. Nie przyznając tego przed sobą przeczuwają, że życie stałoby się zupełnie nie do zniesienia, gdyby przestali się chwytać różnych form satysfakcji, które jej zresztą nie dają”6. Piszący te słowa Theodor Adorno nie doczekał wspaniałych czasów zintensyfikowanej tabloidyzacji końca lat 90-tych. Nie ulega jednak wątpliwości, że póki żył (a zmarł w 1969 r.), miał świadomość wagi problemu wpływu mediów na społeczeństwo i społeczeństwa tego na ów wpływ przyzwalającego. Wydaje się jednak Adorno przeceniać stopień świadomości uczestniczącego w całym procederze widza. Wielce kusząca wizja konsumenta kupującego bilet do Orwellowskiego „1984” zamiast Disneylandu jest może i obrazowa, wiele tłumaczy, niemniej z dzisiejszej perspektywy rozwoju mediów na przełomie stuleci, zbyt wysoko sytuuje kondycję i kompetencję człowieka. Aspekt humanistyczny – że pozwolę sobie na takie określenie – trafniej opisał Mark Crispin Miller mówiąc, iż „(...)widz telewizyjny nie wpatruje się w ekran z gniewem, pogardą albo pobożnością, lecz – doskonale oświetlony – spogląda na obrazy z nerwowym, szyderczym uśmiechem, który nie może przestraszyć obrazów, lecz może powstrzymać widza od oporu wobec nich. W chwili, gdy patrzysz, nie ma Wielkiego Brata, spoglądającego na Ciebie, bynajmniej nie dlatego, że nie ma w ogóle Wielkiego Brata, ale dlatego, że Wielki Brat jest Tobą, widzem wpatrującym się”7. Sukces tabloidyzacji polega w dużej mierze na wytworzeniu u odbiorcy poczucia kontroli. Przystępność podanej treści, komplementarność sposobu obrazowania, dźwięku i retoryki pozwala uznać wszelką pozyskiwaną w taki sposób wiedzę za łatwą, przez co dystans dzielący dawniej „wszechwiedzące” media od ich odbiorców zostaje unieważniony. Co więcej, szczególnie w tabloidowej telewizji, widz staje się niejednokrotnie współuczestnikiem przekazu, jego materią, treścią, celem i środkiem: jest bohaterem telenoweli, uczestnikiem teleturnieju, zaczepianym na ulicy ekspertem do spraw wszelkich, gościem talk show. Zatarta jest granica pomiędzy tym co rzeczywiste, a tym co wykreowane... choć może właśnie w tym współczesne media jak nigdy wcześniej są rzeczywistości szczególnie bliskie i jej tożsame?

Tabloidy nie są pozbawione ambicji. Zasadniczo pozwalają na wszystko to co media zwykle mają do zaoferowania, a co w teorii mediów jest określane jako funkcje komunikowania. Tabloidy pozwalają zatem na śledzenie świata, korelację siebie z otaczającą rzeczywistością, przekaz kulturowy, rozrywkę, a nawet zawierają elementy mobilizacyjne – co raz częściej w wymiarze mniej lub bardziej jawnego uczestnictwa w kampaniach wyborczych.

Konsument tabloidu to typowa egzemplifikacja pasywnej roli odbiorcy komunikowania masowego. Zmaksymalizowana przystępność zawartości wyklucza potrzebę aktów gry czy opozycyjnego dekodowania przyswajanych treści. Drugorzędność obiektywności przesłonięta jest tu poprzez symulację rzeczywistości jak i samego, przystającego na taką konwencję odbiorcy. W konwencji tej widz postrzega się jako świadomego uczestnika aktu komunikacyjnego, ten sam widz w oczach nadawcy jest konsumentem – klientem medialnego fast foodu.


O konsekwencjach społeczno-edukacyjnych


Istnienie problemu tabloidyzacji pociąga za sobą co najmniej kilka poważnych konsekwencji o charakterze społecznym jak i edukacyjnym. Media stanowiąc element kształcenia ustawicznego wywierają wpływ na swego odbiorcę, kształtują go zarówno w perspektywie krótko jak i długoterminowej. Tragicznym wymiarem problemu jest fakt, iż rodzaj tego wpływu może nie mieć zbyt wiele z intencjonalnością nadawcy. Tabloidy poruszają się po powierzchni zdarzeń i mówienie ich językiem o zagadnienie trudnych jest nieomal niewykonalne. Dlatego tablioid nie pozostawia poruszanych kwestii bez odpowiedzi. Nie znaczy to bynajmniej złotej formuły na wszelkie trudności. Znaczy jedynie tyle, iż to co niepewne, to co w konglomeracie zdarzeń ma odcienie szarości w czarnobiałym świecie jednoznaczności, jest pomijane bądź etykietowane jako czarne lub białe.


Jednym z zasadniczych problemów wynikających ze zjawiska tabloidyzacji jest przeobrażenie polityki i władzy od szczebli lokalnych po rządowe w spektakl prowadzący do zachwiania fundamentami państwa demokratycznego. Przeciętny odbiorca mediów epatowany treściami dotyczącymi raczej spraw życia prywatnego polityków (ich problemów osobistych, afer dotyczących życia ekonomicznego czy seksualnego, ipt.), obserwując pozamerytoryczne waśnie, układy i zależności, przestaje wierzyć w swój wpływ na politykę. Sensacyjny charakter mediów powoduje przeniesienie uwagi z tego co jest wartością pracy np. rządu, w próbę zracjonalizowania tego co obserwuje. Racjonalizując na podstawie wiedzy z tabloidowej telewizji bądź prasy nie jest w stanie tego uczynić w inny, jak nie tabliodowy, sposób.

Znaczenie ma też to, że sfery polityki odbiorca tak naprawdę nie musi w pełni rozumieć. Problem jednak w tym, iż reguły medialnego spektaklu wciągają widza w nurt wydarzeń, upewniając go jednocześnie, że wszystko ma pod kontrolą tzn. na wszystko gotową, prawidłową odpowiedź.

Sytuacje pogarszają również sami politycy. Wykorzystują media dla własnych, nadmienić należy – doraźnych celów – w rezultacie czego, w szerszej perspektywie niszczą szacunek zarówno do grupy którą reprezentują jak i do instytucji państwa. Z tego zaś wynikać mogą konsekwencje jak: dezintegracja społeczna, odwrót od wynikających z tradycji wartości, upadek znaczenia autorytetów, brak wzorców i zaufania, a uderzając w patetyczną dziś nutę – zanik patriotyzmu.


Drugim z głównych problemów tabloidyzacji jest polaryzacja społeczeństwa na tych, którzy są w mediach i tych, którzy te media jedynie konsumują. Epoka socjalizmu w Polsce charakteryzowała się między innymi poczuciem rozdziału społeczeństwa na „my” i „oni” (była to relacja znacznej części obywateli do władzy). W obecnym obrazie życia społeczeństwa mamy do czynienia z podobną relacją. Wartością nadrzędną stało się członkowstwo w najwyższym kręgu obiegu kultury – w potocznym odbiorze jest nim sfera zainteresowania mediów. Budowa relacji „my” (maluczcy widzowie, pełni tłumionych aspiracji do bycia w wielkim świecie) do „oni” (szczęśliwi, poza horyzontem banalności), zbudowana jest na zasadzie traktowania mediów jako podstawową drogę do poznania tego co ważne. Odwrotność sytuacji (o czym piszę wyżej) – kiedy to widz staje w centrum zainteresowania nadawców – jest niczym więcej jak symulacją bycia, projekcją marzenia, uczestnictwem w świecie tak poprzez media bliskim, na którego doznawanie jesteśmy co najmniej znieczuleni.


Kolejny problem w wielu publikacjach jest pomijany na sposób niejako programowy. Od strony funkcjonowania tkanki społecznej, procesów wychowania czy nawet poprzez perspektywę poszanowania jednostki ludzkiej jako osoby, to bardzo zastanawiająca kwestia: sztandarowa wolność prasy poprzez tabloidyzację ogłasza kres intymności. Na poziomie komunikacji nie ma już tabu. Nie ma tematów o których nie należy (celowo nie używam sformułaowania: nie można) pisać, nie ma intymności śmierci, nie ma uczucia którego nie da się sprzedać, osobistego przeżywania obcowania z sacrum, itd. Konsument tabloidu ma możliwość współuczestniczenia w radości i cierpieniu osób trzecich, współtworzy proceder obdzierania z prywatności zarówno osób publicznych jak i sobie podobnych. Wie o słabościach ulubionego aktora, podziwia jak kobieta – do złudzenia przypominająca sąsiadkę – rodzi w asyście kamer, podąża za wzrokiem nabożnie skupionego pod ołtarzem prezydenta i na jednej płaszczyźnie z religijnością głowy państwa rozpatruje akty kazirodztwa i nekrofilii. Zdaje się kontrolna i eksploracyjna funkcja mediów być doprowadzona do absurdu. Jeśli kiedykolwiek żyliśmy w wieku niewinności to dziś możemy o nim mówić jedynie w kontekście historycznym. Co ważne nie ma od tego procesu odwrotu. Komunikacja masowa nie cofa raz wypowiedzianych sformułowań. Jeśli dostrzega swój błąd, unaocznia go małym drukiem na nie przykuwającej wzroku stronie, ściszonym, pozbawionym emocji głosem spikera lub po wielu latach od zdarzenia naukową oschłością wypowiedzi. Skądinąd dziękować możemy Opatrzności za to, iż Orwellowskie „ministerstwo prawdy” pozostaje wciąż utopią.


Sensacyjna, lapidarna, emocjonalnie nacechowana zwięzła treść, skróty komunikacyjne, jednoznaczność nagłówków, etykietowanie osób i zdarzeń, odciska swe piętno na języku komunikacji w zakresie kontaktów interpersonalnych jak i relacji odbiorcy do mediów. Zanika potrzeba refleksyjności, oczekiwana treść podana ma być wprost, z gotowym zestawem poglądów, przekonań oraz wartości. W latach 60-tych ubiegłego wieku George Gerbner opracowując teorię kultywacji wskazywał na ścisły związek pomiędzy intensywnością kontaktu z mediami a rodzajem postrzegania rzeczywistości8. Wskazywał na dokonywaną za sprawą mediów transformację osobistych systemów wiedzy w nowy rodzaj publicznego systemu myślenia kolektywnego. Zauważał też, że zredukowane do telewizji środowisko człowieka prowadzi do otwartości na intensyfikację przeżyć poprzez medium jak i akulturacji. Tabloidyzacja jest akulturacją. Tworzy nową pod względem jakościowym wspólnotę ponadnarodowej struktury spraw stanowiących o treści bytu milionów osób na całym świecie. Jest ponad granicami i jest pozbawiona granic, w szeregu swych egzemplifikacji różna w poszczególnych krajach, w merytorycznym wyrażaniu problemów wszędzie nieomal taka sama.

Smutek dziennikarza


Tam gdzie korzystanie z mediów jest rodzajem rytuału, tam gdzie instrumentalne wykorzystywanie komunikacji masowej jest przywilejem dobrze wykształconych bądź zmuszonych rolą zawodową ludzi, tam tabloid będzie się miał dobrze. Na obecnym etapie tabloidyzacji nikt nie jest na nią skazany. Mamy, można rzec, pełną dywersyfikację źródeł informacji. Istnieje rozwinięty rynek prasowy, telewizyjny, ogromne znaczenie i wciąż na dziś niewykorzystany potencjał posiada Internet. To, że w czołówce rankingu sprzedaży dzienników w Polsce w 2005 rok na cztery pierwsze miejsca przypadają dwa nietabloidowe tytuły (Gazeta Wyborcza i Rzeczpospolita) oraz dwa typowe tabloidy (Fakt i Super Express) nie dowodzi jednokierunkowego ewoluowania mediów. Myślę, że zasadniczym problemem dotyczącym zjawiska tabloidyzacji jest jego recepcja – zarówno zjawiska jak i problemu. Kolejną kwestię stanowi świadomość współtworzenia środowiska prosperity tabloidu. W ostatnim przypadku główny ciężar zdaje się spadać na dziennikarzy (choć rola konsumenta nie jest tu do pominięcia). Co ciekawe, tabloid bywa postrzegany jako forma społecznego oporu. Ci, którzy tak sądzą, zakładają jednocześnie, iż tradycyjne media stanowią formę opresji wobec obywatela, zapominając jednak, że profesjonalizm dziennikarza sprzeczny być powinien zarówno z poczuciem pełni władzy tak samo jak świadomości niemocy9. Jest jeszcze coś to napawa smutkiem: tabloidyzacja etosowi pracy dziennikarza nadała nowy wymiar profesjonalizmu. Bez oglądania się na konsekwencje jawne i ukryte komunikacji, na dysfunkcje życia społecznego, moralność (nawet tę rozumianą jako zwykłą ludzką przyzwoitość) profesjonalizm rozumiany jest tu jako skuteczność w generowaniu jak najwyższego poziomu sprzedaży.

1 David Machini, Fotini Papatheoderou, Commercialization and Tabloid Television in Southern Europe: Disintegration or Democratization of the Public Sphere?, Journal of European Area Studies, Vol. 10, No. 1, 2002, s. 35.

2 Antonina Kłoskowska, Kultura masowa, PWN, Warszawa 1980, s. 226.

3 Za: Krzysztof Białkowski, Tabloidyzacja prasy. Zło konieczne?, Magazyn Brief 06/2005, (za: http://www.brief.pl/).

4 Patrz: Walter Lippmann, Public Opinion, Free Press Paperback 1997, s. 223.

5 John Fiske, Television Culture, Routledge, London 1987 (reprint z 1999), s. 279.

6 Theodor Adorno, Podsumowanie rozważań na temat przemysłu kulturowego, [w:] Sztuka i sztuki. Wybór esejów, PIW 1990, s. 17.

7 Za: Wiesław Godzic, Telewizja jako kultura, RABID 1999, s. 39.

8 Patrz: George Gerbner, Mass media and human communication theory, [w:] F.E.X. Dance (red.), Human Communication Theory, Holt, Rinehart and Winston, New York 1967, ss. 40-57, [za:] Denis McQuail, Mass Communication Theory 4th Edition, SAGE Publication, London, Thousand Oaks, New Delhi 2000, ss. 110-111.

9 Daniel C. Hallin, Commercialism and Professionalism in the American News Media, [w:] James Curran, Michael Gurevitch (red.), Mass Media and Society, Arnold, London 2000, ss. 231-233.

8